Szerszeń azjatycki (Vespa velutina), zwany też szerszeniem żółtonogim, dotarł do Polski, a w Małopolsce odnaleziono jego pierwsze w pełni rozwinięte gniazdo. To, co przez lata było jedynie przestrogą z Europy Zachodniej, stało się faktem. Czy polskie ekosystemy i pasieki są gotowe na starcie z nowym, niezwykle agresywnym drapieżnikiem?
Długo mierzyliśmy się z falą fałszywych alarmów, w których przerażeni mieszkańcy brali rodzime owady za egzotycznych najeźdźców. Sytuacja zmieniła się jednak radykalnie. Badacze potwierdzili obecność niebezpiecznego gatunku inwazyjnego w naszym kraju. Dla polskiej przyrody i pszczół miodnych właśnie rozpoczął się zupełnie nowy, pełen wyzwań rozdział.
Małopolska na linii frontu – pierwsze gniazdo w Wielkiej Wsi pod Krakowem
Choć eksperci spodziewali się, że szerszeń azjatycki będzie wędrować w stronę naszych granic od strony Czech czy Niemiec (gdzie najbliższe znane stanowisko znajdowało się w Opawie), rzeczywistość zaskoczyła naukowców. W październiku oficjalnie potwierdzono obecność inwazyjnego owada w dwóch miejscach w Małopolsce. Najbardziej alarmującym odkryciem było zlokalizowanie ogromnego, w pełni rozwiniętego gniazda w Wielkiej Wsi pod Krakowem. Drugie miejsce, w którym zaobserwowano pojedyncze osobniki, to pasieka Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.
Odkrycie tak daleko na wschód od dotychczasowych europejskich szlaków ekspansji tego gatunku zmusiło naukowców do podjęcia pilnych działań. Specjaliści planują przeprowadzić szczegółowe badania genetyczne kilkunastu odłowionych osobników, aby ustalić, czy owady przemieściły się tu naturalnie, czy doszło do przypadkowego zawleczenia (np. w transporcie międzynarodowym). Ze względu na trudność operacji i specyfikę zachowania owadów, do likwidacji gniazda ulokowanego wysoko w koronie drzewa ściągnięto wyspecjalizowaną ekipę z zagranicy.
Śmiertelne zagrożenie dla pszczół i dramat rodzimych pasiek
Pojawienie się szerszenia azjatyckiego w Polsce to zła wiadomość przede wszystkim dla pszczelarzy oraz stabilności całego ekosystemu. Szerszeń azjatycki wyspecjalizował się w polowaniu na owady błonkoskrzydłe, ze szczególnym uwzględnieniem pszczół miodnych. W przeciwieństwie do azjatyckich gatunków pszczół, które wyrobiły skuteczne techniki obronne, nasze rodzime owady zapylające są całkowicie bezradne wobec taktyki łowieckiej najeźdźcy.
Drapieżnik potrafi godzinami zawisać w powietrzu tuż przy wlocie do ula, masowo łapiąc wracające z pożytkiem zbieraczki. Taki stały terror paraliżuje całe rodziny pszczele – owady przestają opuszczać ule w poszukiwaniu pożywienia. Brak pokarmu drastycznie osłabia rój, doprowadzając go w skrajnych przypadkach do śmierci głodowej przed nadejściem zimy. Dla polskiego rolnictwa i sadownictwa, opierających się na zapylaczach, obecność tego gatunku to scenariusz, przed którym entomolodzy ostrzegali od lat.

Szerszeń azjatycki – jak rozpoznać najeźdźcę i co zrobić w razie spotkania?
W obliczu realnej obecności gatunku w kraju kluczowa staje się edukacja społeczna, by uniknąć zarówno paniki, jak i pochopnego niszczenia pożytecznych owadów (takich jak rodzimy szerszeń europejski czy rzadkie trzmiele). Szerszeń azjatycki jest nieco mniejszy od naszego rodzimego szerszenia – robotnice mierzą około 2,5 cm długości. Jego znaki rozpoznawcze to czarny tułów i odwłok, charakterystyczny żółto-pomarańczowy pas na końcu odwłoka oraz, co najważniejsze, trzy ostatnie człony nóg w jaskrawym, żółtym kolorze.
Eksperci uspokajają: sam jad szerszenia azjatyckiego nie jest bardziej toksyczny dla człowieka niż jad innych owadów błonkoskrzydłych, a ukąszenie grozi wstrząsem głównie osobom uczulonym. Prawdziwym wyzwaniem jest jednak niszczenie gniazd, które budowane wysoko na drzewach mogą liczyć ponad tysiąc agresywnych osobników.
Jeżeli zauważysz w swojej okolicy podejrzanego owada lub, co gorsza wielką, papierową kulę gniazdową w koronie drzewa, absolutnie nie próbuj usuwać jej samodzielnie. Najlepszym krokiem jest wykonanie bezpiecznego zdjęcia i zgłoszenie obserwacji do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska lub udokumentowanie jej za pomocą przyrodniczych platform, takich jak aplikacja iNaturalist, z której aktywnie korzystają monitorujący sytuację naukowcy.

Pojawienie się szerszenia azjatyckiego w Małopolsce to nie powód do paniki, ale czytelny sygnał ostrzegawczy dla nas wszystkich. Przyroda nie znosi próżni, a zmiany klimatyczne i globalny handel otwierają drzwi gatunkom, które jeszcze dekadę temu wydawały się egzotyczną rzadkością. Podstawą do zatrzymania inwazji nie jest bezmyślna walka z każdym latającym owadem, lecz szybkie reagowanie, edukacja i wsparcie dla lokalnych pszczelarzy.
To, jak potoczą się losy polskich pasiek i rodzimej bioróżnorodności, zależy teraz od sprawności służb środowiskowych oraz czujności każdego z nas. Patrzmy uważnie na otaczającą nas naturę, gdyż czasem jedno celne zdjęcie zrobione podczas spaceru może pomóc ocalić całą lokalną populację pszczół!
Źródła:












